Mama pełną parą: początek

Niedawno zostałam mamą. Zawsze wydawało mi się, że potrafię sobie wyobrazić jak trudno jest być rodzicem. Tego jednak nie da się w pełni sobie wyobrazić, dopóki się tym rodzicem nie jest. To zabawne, jak w jednej chwili człowiek potrafi docenić wysiłek swoich rodziców i cały ich wkład włożony w wychowanie.

Na rodzicielstwo nie da się przygotować

Uczęszczanie na szkołę rodzenia, czy udział w podobnych zajęciach nie daje wystarczającego przygotowania do rodzicielstwa. Owszem, mówi coś na temat porodu i jego przebiegu, ale to wciąż mało. Pierwsze dni w domu z maleństwem weryfikują sens takich spotkań, czy wykładów. Nadal uważam, że warto chodzić na szkołę rodzenia, dzięki tym zajęciom kobieta jest np. bardziej świadoma swoich praw i możliwości podczas porodu, czy po porodzie. Jest to bardzo ważne. Bo najlepszy nawet szpital, to nie hotel i trzeba dbać o swoje własne interesy. Jednak rodzicielstwo to już zupełnie coś innego 😉

Nie taki diabeł straszny

Pierwsze dni w domu nie należały do łatwych. Nagle zostaliśmy w domu sami z “nieznajomym”, który potrafi mówić jedynie poprzez płacz o swoich potrzebach. Myślę, że o wiele łatwiej jest tym osobom, które mieszkają z rodzicami, czy teściami. Wtedy obok zawsze jest jakaś osoba bardziej zdystansowana do sytuacji. Młodym rodzicom natomiast tego dystansu brak. Dlaczego? Bo słyszą histeryczny płacz, a dodajmy, że nie da się tak zupełnie od razu odróżniać rodzajów płaczu. Chcą jak najszybciej zareagować, ulżyć dziecku, które zdaje się nieustannie cierpieć. Z czasem przychodzi zrozumienie, że płacz wcale nie oznacza, że dziecku dzieje się krzywda, jest po prostu jednym z wielu sposobów komunikacji.

Podczas pierwszych dni w domu pojawiają się różne emocje. Częściowo zależy to również od okoliczności porodu, od tego czy przebiegł zdrowo, naturalnie i bez komplikacji. Jednak emocje, to tylko emocje i trzeba umieć sobie na nie pozwolić bez poczucia winy. Wielu młodych rodziców ma błędne wrażenie, że są w takich przeżyciach jakoś odosobnieni. Tymczasem okazuje się, że jest to doświadczenie wielu par.

Nie bójcie się korzystać z pomocy

Bywam często “Zosią Samosią”. Lubię wiele rzeczy robić sama i samodzielnie rozwiązywać swoje problemy. Nie lubię się za bardzo dzielić tym, co mam w środku dopóki sama sobie z tym nie poradzę. Ale nawet z takim charakterem trzeba umieć prosić o pomoc. Trzeba się po prostu odważyć. Nam przyszła z pomocą moja mama, która na nowo narzuciła rytm codzienności i pokazała, że choć sytuacja się zmieniła, to dalej da się funkcjonować regularnie i normalnie.

Osoba z zewnątrz może bardzo pomóc w takiej sytuacji. Głównie dlatego, że ona już takie chwile w swoim życiu przechodziła i wie, że nie są one niczym strasznym albo odmiennym od tego, co przechodzą inni rodzice. Mało tego taka osoba nie angażuje się tak emocjonalnie w sytuację, jak rodzice nowonarodzonego, dlatego może spojrzeć na całą sprawę z właściwym dystansem.

Już po trzech dniach z takim dobrym przewodnikiem wszystko wraca do normy. Okazuje się również, że nie jest tak strasznie jak wydawało się na początku. A ten mały “nieznajomy” z każdą sytuacją staje się coraz bardziej znany i rozumiany.

Podsumowując

Nie ma takiej drogi, której nie dałoby się przejść. Czasami wystarczy przeorganizować przeszkody, a czasami potrzeba przewodnika, który pomoże przejść przez jakiś jej odcinek. W sytuacji, gdy przypadkiem, idąc tą drogą, wpadniemy w bagno dobrze jest umieć prosić o pomoc. Jeśli tego nie zrobimy, a będziemy się szamotać, zaczniemy tonąć coraz bardziej. A po co tonąć, gdy można żyć pełną parą? ;))

Perfekcyjna nieperfekcjonistka przyglądająca się światu z pozycji niezupełnie bezstronnego obserwatora. Nierzadko z zacięciem satyrycznym. Miłośniczka prostoty i poszukiwaczka piękna w (nie)zwykłej codzienności.