Co ja robię tu?

Fotografuję od bardzo dawna, ale tak naprawdę od niedawna robię to z pełnym zaangażowaniem. A zaczęło się od zauroczenia. Nie osobą, lecz jej pasją. Kiedy byłam w czwartej klasie podstawówki poznałam Olę – starszą koleżankę, która uczęszczała do gimnazjum. Z Olą spędziłam jeden dzień i chociaż nasza znajomość nie przetrwała, Ola odegrała ważną rolę w moim życiu.

Moja znajoma pasjonowała się fotografią. Miała dobry aparat, którym uwieczniała chwile z codziennego życia. Warto dodać, że były to czasy kiedy nie było jeszcze Instagrama, a portale społecznościowe dopiero się rozwijały i nie odgrywały jeszcze takiej roli, jaką odgrywają dzisiaj.

W pierwszej chwili zainteresowało mnie to, że Ola czymś się zajmuje systematycznie, lubi co robi i po prostu to robi. W drugiej chwili zauważyłam, że to, co Ola robi jest intrygujące i ciekawe. Pamiętam ten jeden dzień w Oliwskim ZOO, które nie było jeszcze tak duże, jak jest w tej chwili, ale i tak wydawało się ogromne. Moja znajoma nieustannie robiła zdjęcia zwierzętom, sytuacjom i nam. I chociaż dzisiaj nie mam żadnego zdjęcia na pamiątkę, to był pierwszy dzień mojego zainteresowania fotografią. Ale magię fotografii poczułam dopiero wieczorem, kiedy Ola rozstawiła statyw na balkonie, ustawiła długi czas naświetlania i fotografowała jadące pociągi.

Pomyślałam sobie wtedy: „Tak bardzo bym chciała mieć lustrzankę cyfrową, z takim aparatem można wszystko”. Otóż, nic bardziej mylnego. Pierwszą ważną lekcję fotografii dał mi mój tata, który po pracy w ramach hobby chętnie pstryka reportażówki. Tata powiedział: „Aparat to tylko narzędzie, narzędzie jest mniej ważne, niż ten, kto go używa”.

Na gwiazdkę dostałam od rodziców aparat fotograficzny. To było apogeum szczęścia. Dzisiaj cieszę się, że nie była to lustrzanka cyfrowa. Moim pierwszym aparatem był Olympus Camedia C-5060 W. Na tamte czasy był to bardzo dobry aparat, rozbudowany kompakt cyfrowy. O jakości tego sprzętu świadczy fakt, że ma już 15 lat a jeszcze nigdy nie był oddawany do naprawy. I chociaż dzisiaj nie używam go już tak często, w sercu pozostanie numerem jeden. Cieszę się, że nie dostałam wtedy lustrzanki, bo dzięki temu mogłam świadomie wybrać sprzęt odpowiedni do swoich potrzeb, taki, na jakim chciałabym pracować.

W podstawówce miałam swoją pierwszą wystawę fotograficzną, było to bardzo pozytywne doświadczenie. I chociaż nie miałam wtedy lustrzanki, zdjęcia spodobały się oglądającym, a ja dostałam w nagrodę od szkoły książkę o fotografii cyfrowej.

Potem różne doświadczenia z okresu dojrzewania spowodowały, że odłożyłam aparat na półkę. Czekał na mnie cierpliwie. Choć zawsze uwielbiałam fotografować, w pewnym momencie trochę się zagubiłam i zapomniałam jak bardzo jest to dla mnie ważne. Zapomniałam, że nie tylko chodzi mi o ładne ujęcia, chwytanie chwil, ale że fotografia jest dla mnie narzędziem też terapeutycznym. Pomaga wyrazić siebie i różne myśli, które są w środku, a o których nie zawsze chce się opowiadać.

Trzy lata temu zdecydowałam się wyjąć aparat z szafy. Przejść się z nim na spacer i zobaczyć jak nam będzie razem. Okazało się, że mimo upływu czasu, fotografia nadal jest dla mnie czymś, czym była kiedyś. Ale teraz podeszłam do tematu bardziej świadomie, z całym swoim bagażem doświadczeń. Zmieniłam też swoje nastawienie, pokonałam większość negatywnych myśli i postanowiłam czerpać z życia pozytywne komunikaty – na te negatywne szkoda czasu i energii. Dlatego kiedy znajomy pochwalił moje zdjęcia i powiedział, że to jest coś, co powinnam robić. Stwierdziłam, że ma racje, powiedziałam sobie „Tak, to jest coś, co chciałabym robić”.

Później poznałam koleżankę, która okazała się aktywną fotografką prowadzącą kursy zawodowe. To wydarzenie potraktowałam jako okazję do tego, by czegoś się od niej nauczyć. Najpierw patrzyłam jak pracuje, podpytywałam o szczegóły, a następnie postanowiłam zapisać się na kurs, i tak została  moją nauczycielką.

Jakiś czas później, dzięki mojej przyjaciółce dowiedziałam się o istnieniu Gdańskiej Galerii Fotografii, niedługo potem przyjęto mnie na staż. To doświadczenie pozwoliło mi obcować z fotografią od strony oglądającego, a nie fotografującego. Dzisiaj myślę, że od czasu do czasu dobrze jest ustawić się po tej drugiej stronie. Zmiana perspektywy jest tym, co otwiera nas na nowe możliwości.

Nie od razu chciałam się dzielić swoimi fotografiami. Dusza perfekcjonistki każe mi myśleć, że nie są jeszcze dość dobre, aby je komuś pokazywać. Jednakże mój Mąż przekonał mnie, że chowanie zdjęć do szuflady jest bez sensu. I to normalne, że każde kolejne zdjęcie będzie się wydawało lepsze niż poprzednie, bo z każdą kolejną fotografią potrafię więcej i na inne rzeczy zwracam uwagę. A tak jest przecież ze wszystkim, mimo że czasami tak bardzo chciałoby się od razu osiągnąć mistrzostwo w swojej dziedzinie i dopiero wtedy pokazać się światu.

A dzisiaj jestem tu. I chcę się podzielić z Wami swoją pracą, doświadczeniami oraz lekcjami jakie wyciągam nie tylko z fotografii ale ze zwykłej codzienności. W tej fotograficznej wędrówce ogromnym wsparciem jest dla mnie mój Mąż, ale nie mogę zapominać też o rodzicach, którzy zawsze powtarzali mi, że „Trzeba robić to, co się lubi” i nadal wytrwale mi kibicują.

Z tego wpisu warto zapamiętać, że:

#nie warto chować marzeń do szuflady

#trzeba robić to, co się lubi

#warto nieustannie rozwijać się w swojej pasji

To za mało? Masz ochotę na więcej fotograficznych inspiracji?

Perfekcyjna nieperfekcjonistka przyglądająca się światu z pozycji niezupełnie bezstronnego obserwatora. Nierzadko z zacięciem satyrycznym. Miłośniczka prostoty i poszukiwaczka piękna w (nie)zwykłej codzienności.